Fotoreportaż z biwaku szkoleniowego 5 Brygady

10-12 lipca 2009 r. w Jerzwałdzie
Zobacz też artykuł o biwaku

Susz. Piątek po południu. Dzień pierwszy.
Rozpoczynamy w centrum Susza. Zbiórka uczestników przebiega sprawnie.
Gdy wszyscy dotarli, wyprawa mogła się rozpocząć.

- Spokojnie rodzice! Za dwa dni wrócimy.
Zanim opuścimy cywilizację, koledzy dokonują ostatnich zakupów.
Do Jerzwałdu idziemy polnymi drogami. Czasami polami, czasami lasami...

Maks podjął uroczyste zobowiązanie, że przeniesie lancę z proporczykiem do miejsca biwaku. I słowa dotrzymał.
Początkowo szło się spokojnie, ale za Michałowem zaczęła nas gonić burza. Rozpoczął sie wyścig: kto pierwszy dotrze do Olbrachtowa? My czy burza?
Wyścig zakończył się remisem. Wpadliśmy do pierwszych zabudowań wioski i rozpoczęła się gwałtowna ulewa.
Korzystając z przymusowej przerwy, przeprowadziliśmy małą sesję fotograficzną. Dziewczeta zaczęły pozować na tle czegoś dużego.
...chłopcy przy czymś, na czym można pojechać. Zabytek motoryzacji z ubiegłego wieku wyglądał na jeszcze sprawny.
Idziemy dalej po zlanych obficie drogach. Robi się coraz bardziej duszno.
Kolejny etap to pozostałości ośrodka w Fabiankach. Tutaj wyznaczymy sobie zadanie dotarcia z mapą i kompasem do kolejnego punktu.
Początkowo przemieszczanie się przez kompleks lasów rozciągających się miedzy Kamieńcem, Starym Dzierzgoniem i Jeziorakiem nie stanowi dla nas trudności.

Niepewność pojawia się, gdy kończy się zasięg telefonów komórkowych.
Trzeba opierać się na mapie, ale ta okazuje się niezbyt precyzyjna.
Słońce świeci, kompasy działają, wiemy, w jakim iść kierunku, ale gdzie ten wyznaczony wcześniej na mapie punkt?
- To gdzie my właściwie jesteśmy?

Może coś da się wyczytać ze śladów na ziemi?
Jerzwałd.
W końcu udało się. Dotarliśmy do miejsca biwakowania. Maks jako gospodarz naszej bazy noclegowej przybliża nam miejscowe zwyczaje i legendy. Opowieść rozpoczyna o dziewczynce ze studni... ("The Ring")
Po zakwaterowaniu i uzupełnieniu zapasów prowiantu - wieczorne gry i zabawy towarzyskie. Dominowały gry zręcznościowe, karciane i intelektualne. Okazuje się, że bez Internetu, telewizji i innych mediów tez można spędzić wieczorem ciekawie czas.
Gry wciągały nas coraz bardziej i straciliśmy rachubę czasu.

- Ile można tak grać? - dyskretnie zastanawiał się Maks spoglądając na zegarek.
- Oni tak mogą jeszcze długo - z rezygnacją odparła Paula.
Gdy w końcu niektórzy zaczęli kłaść się spać, inni nadal grali i grali...
Sobota rano. Dzień drugi.
Pobudka i oporządzenie. Pierwsze wstały dziewczyny.
Tymczasem chłopcy (jak to chłopcy) mieli zwiększone zapotrzebowanie na odpoczynek, więc wstali nieco później.
Przygotowania do zajęć. Przedpołudnie spędzimy na szkoleniu z zakresu taktyki piechoty.

Zobacz nieoficjalny reportaż z tego dnia szkolenia.
Czekamy, aż się wszyscy przygotują i ruszamy.
Omawiamy różne szyki bojowe pododdziału piechoty i ćwiczymy je na okolicznych łąkach.
Ćwiczenia obejmowały elementy związane z przemieszczaniem się pododdziału po drogach, lasach i terenach trudno dostępnych.
Omówione i przećwiczone zagadnienia nie tylko pozwoliły przybliżyć trochę wojskowe rzemiosło, ale przydadzą się na rekonstrukcjach historycznych.
A po ćwiczeniach czas wolny. Jedni wykorzystują go na rozrywki intelektualne...
...a inni znowu grają w karty.
Jeszcze inni postanowili zadbać o załatwienie czegoś do jedzenia. Franek ma coś złowić na kolację.
Kolejnym zadaniem będzie ćwiczenie umiejętność maskowania się i skrytego poruszania po otwartym trawiastym terenie - czyli po prostu gra w "chowanego" na łące.
- Gdzie oni się wszyscy podziali?

Okazało się, że na łące strój maskujący zdaje egzamin.
Oprócz stroju ważne było wyczucie momentu ujawnienia się.
Liczyła się też szybkość i zwinność.
Wieczorem zaplanowaliśmy ognisko i wszyscy ochoczo zabrali się do zbierania opału.
- Zabiorę im te narzędzia, bo na to ognisko z hektar lasu wykarczują.
W międzyczasie Maniek zorganizował miniturniej strzelecki - celem było jabłko na głowie dowódcy. Ze względu na obowiązujące w Polsce prawo zakazujące strzelanie z wiatrówek do istot żywych nie zdecydowaliśmy się upublicznić zdjęć dowódcy z owym jabłkiem na głowie.
Zmęczeni i głodni zasiedliśmy w końcu do ogniska.
Najpierw tradycyjne pieczenie kiełbasek - jadłospis miał być rozszerzony o pieczone ryby, ale Franek ulitował się nad losem złowionych istot i wpuścił je z powrotem do jeziora.
Następnie tradycyjne ogniskowe śpiewy przy gitarze - w repertuarze pieśni wojskowe, ułańskie, przebojowe, biesiadne, eskimoskie i tyrolskie.
Na końcu zaś rozpoczęły się tradycyjne przy ognisku o tej porze "opowieści z krypty" - o duchach, trupach, nocnych strzygach i o takich tam innych.
Odpowiednio nastrojeni i nastraszeni zakończyliśmy ognisko i przystąpiliśmy do wykonania kolejnego zadania - nocnej odmiany zabawy w "chowanego".
Oznakowany "szukający" miał niemałe trudności z odnalezieniem w ciemnościach zamaskowanych ludzi.
Przed snem chłopcy postanowili ostatecznie rozprawić się z "dziewczynką ze studni".
Niedziela. Dzień trzeci.
Ostatnie śniadanie biwakowe upłynęło w dobrych nastrojach.
Kończący się biwak oznaczał wielkie zmywanie - nie wiadomo dlaczego, ale w tej roli świetnie sprawdzają się dziewczyny.
Nastąpiło wielkie sprzątanie...
...oraz załatwianie jakiegoś transportu, który zapewniłby nam sprawne przemieszczenie się do Susza.
Biwak w Jerzwałdzie nie tylko miał na celu przeszkolenie członków w różnych wojskowych zagadnieniach, ale przede wszystkim był czasem wakacyjnego odpoczynku w sympatycznym gronie.
W zgodnej ocenie uczestników pozostawi miłe wspomnienia.
Zdjęcia: fotoreporterzy oddziału
Zbajerował: Hani.
[ Opracowanie: Hani]